O śmieciowych plakatach – przemyślenia na zakończenie kampanii

Kampania wyborcza A.D. 2015 w naszej gminie przebiegała dosyć spokojnie – w końcu jesteśmy małą społecznością, nie odwiedzali nas politycy z pierwszych stron gazet i wieczornych wiadomości. Ich twarze oglądaliśmy raczej jedynie na billboardach i plakatach – tych w obecnej kampanii było u nas jakoś mniej. I dobrze, bo po co zaśmiecać naszą ładną gminę. Ale nie każdy tak uważa.

Zgodnie z „Informacją Wójta Gminy Jedlińsk o wyznaczonych miejscach do umieszczania urzędowych obwieszczeń wyborczych i plakatów komitetów wyborczych na terenie gminy Jedlińsk”, plakaty można było wieszać tylko na tablicach ogłoszeniowych w sołectwach. Czyli: nie na drzewach i nie na przystankach. Wydawałoby się, że taka prosta informacja jest łatwo zrozumiana. Niestety, nie przez wszystkich.

Niemal od samego początku kampanii na naszych przystankach pojawiły się plakaty kandydatów – wbrew lokalnym „przepisom”. Niby rzecz nieistotna – komu przeszkadzają plakaty na przystankach – poza osobami, które w czasie deszczu chronią się pod wiatą i nie widzą nadjeżdżającego autobusu. Nie chodzi o to, komu „przeszkadzają”. Chodzi o to, co oznaczają. A oznaczają prostą rzecz – jeśli kandydata nie obchodzą lokalne i proste zasady, to jak ma przestrzegać zasad ważniejszych, takich jak prawo? Chodzi o to, że jeśli ktoś nie szanuje drobnych ustaleń, to nie będzie szanował tych ważniejszych. Nie chcę, aby moimi przedstawicielami w parlamencie byli ludzie, którzy mają „w głębokim poważaniu” nasze lokalne zasady i ustalenia – niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzamy, czy nie.

Napisaliśmy w tej sprawie do osób, których twarze mogliśmy „podziwiać”, czekając na autobus. Zapytaliśmy kandydatów, dlaczego ich plakaty zostały powieszone w niedozwolonym miejscu i kiedy zostaną zdjęte. Otrzymaliśmy następujące odpowiedzi (poprawiliśmy w nich interpunkcję i literówki):

Andrzej Kosztowniak (kandydat PiS do Sejmu, były prezydent Radomia):

„Nic mi nie wiadomo, żeby mój plakat wisiał na takim przystanku. Przekażę sprawę do osób zajmujących się plakatowaniem. Być może plakat powiesił tam któryś z wolontariuszy. Sprawdzę, czy to prawda i jeżeli plakat wisi bez zgody właściciela przystanku, zostanie on usunięty.”

Sprawdziliśmy – faktycznie, plakat szybko zniknął z przystanku.

02
Marta Michalska-Wilk (kandydatka PO do Sejmu, obecna radna miejska w Radomiu):

„Plakaty i materiały wyborcze wydawane są przez sztaby wyborcze mieszkańcom miasta i lokalnym aktywistom – większość powieszonych plakatów jest przeze mnie kontrolowana. Zgodnie z przesłaną od Państwa informacją, mój plakat został powieszony w niedozwolonym miejscu, co pewnie wynikło z niewiedzy mieszkańca, który chciał mi pomóc poprzez powieszenie tego materiału. Z całego serca przepraszam mieszkańców gminy za ten przypadek, który wynikł z dezinformacji. W ciągu 2 dni usunę plakat z przystanku. Przepraszam i pozdrawiam”

– faktycznie, plakat został usunięty.

03

Krzysztof Sońta (obecny poseł, niezależny kandydat do Senatu):

„Poproszę o uporządkowanie”

– plakat został po kilku dniach usunięty.

Anna Maria Białkowska (kandydatka PO do Sejmu, wiceprezydent Radomia) nie odpisała na nasze pytanie. Brak odpowiedzi to też odpowiedź. Widocznie szkoda na nas czasu. Szykuje się ciekawa perspektywa dla nas – mieszkańców Jedlińska – na przyszłość. Gdyby pani wiceprezydent stała się panią poseł, trudno byłoby liczyć na to, aby zajęła się naszymi problemami, skoro jeszcze na etapie kampanii wyborczej – gdy zawsze politycy są „lepsi”, niż po wyborach – kompletnie nie interesują jej nasze sprawy.

01
Niestety, w momencie, kiedy zniknęły plakaty, w ich miejsce pojawiły się nowe – Piotra Papisa (PSL), Leszka Ruszczyka (PO) i Mariusza Mejki (Nowoczesna). Być może – tradycyjnie – w nocy z piątku na sobotę pojawią się kolejne. Władze gminy nie wyciągają żadnych konsekwencji wobec polityków zaśmiecających przystanki – nie dziwmy się, w końcu część z kandydatów to koledzy i znajomi tych, którzy dzierżą lokalną władzę. Poza tym, po co się narażać ewentualnym przyszłym posłom, mogliby się obrazić i nie pomagać naszej gminie, gdy już będą zasiadać w Sejmie czy w Senacie. Przecież o to chodzi w polskiej wersji demokracji – aby obrazić się na kogoś, kto wytyka politykom łamanie zasad. No i mścić się na tych, którzy „zawadzają” politykom.

Zastanawia mnie jedno: skoro plakaty wiszą „nielegalnie”, to czy legalnym będzie ich zdjęcie np. w sobotę rano? Może pokuszę się o małą wycieczkę na nasze przystanki i zdejmę te plakaty – w końcu nie powinno ich tam być. Swoją własność kandydaci będą mogli oczywiście odebrać.

Patrycja Bartula-Jakubowska

UPDATE 23.10.2015: Niestety, właśnie znajomy prawnik poinformował mnie, że jeśli będę chciała zdjąć czyjeś plakaty – nawet wiszące bezprawnie – to mogę zostać oskarżona o przestępstwo. Nawet jeśli plakaty wiszą bezprawnie, to od ich ściągania są odpowiednie służby. Szkoda, że te służby – pomimo poinformowania ich o zaistniałej sytuacji – nie podejmują żadnych działań.

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. Anielka napisał(a):

    Wydaje mi się że 3/4 kandydatów złamało przepisy skoro mieli oni wyznaczone miejsce tj. tablice ogłoszeń to na mój rozum PŁOT nie jest tablicą ogłoszeń

    • Patrycja Bartula-Jakubowska napisał(a):

      PŁOT jest własnością prywatną i każdy może sobie wieszać na nim, co chce. No, chyba, że jest to płot należący do instytucji publicznej, typu Urząd Gminy, Ośrodek Zdrowia, szkoła.

  2. Tomek napisał(a):

    Powyższy artykuł odbieram jako prywatną wojenkę z władzami. Proszę nie ubierać tego w troskę i walkę o dobro społeczne. By być przekonującym trzeba budować na prawdzie, odrzucić uprzedzenia, polubić ludzi. Praca dla innych nie jest łatwa, ale to co przychodzi łatwo, nie ma wielkiej wartości. Pani ma w sobie potencjał, tylko należy go odpowiednio wykorzystać. Właściwe wzorce w życiu są bardzo ważne, bez nich łatwo zbłądzić.

    • Patrycja Bartula-Jakubowska napisał(a):

      Drogi Panie Tomku (uprzedzam, będzie długo i dokładnie). Dziękuję za Pana komentarz i odpowiadam: nie, to nie jest prywatna wojenka. W większych społecznościach normą jest, że pewne działania lub zaniechania władzy są komentowane publicznie i krytykowane. Robi się tak po to, aby władza działała lepiej lub też aby osobom komentującym / krytykującym udzielić pełnych informacji o danym zagadnieniu. Tymczasem w mniejszych społecznościach władzy się tylko przypochlebia – publicznie jest wszystko ok, ale gdy tylko przedstawiciel władzy zniknie z pola widzenia (lub raczej słyszenia), krytykuje się go / ją po cichu w domu lub przez sąsiedzki płot. Rozumiem zatem, że publiczne okazanie przeze mnie niezadowolenia z powodu zaniechania podejmowania działań przez władzę stanowi szok – przecież „władzy” się nie krytykuje publicznie, tylko po cichu.
      Bodajże w 2005 roku w dzienniku „Słowo” zamieściłam krótki artykuł na temat trudnej sytuacji materialnej Towarzystwa Miłośników Ziemi Jedlińskiej, pisząc m.in. o tym, że budynek – nieistniejącej obecnie – tzw. „starej szkoły” nie został skanalizowany, mimo iż w gminie była realizowana taka inwestycja. Następnego dnia mój brat, pracujący wówczas w ZGK w Jedlińsku, opowiedział mi, iż niemal „rzucono mu w twarz” tą gazetą, bo jak jego siostra miała czelność pisać coś złego (???) o urzędzie. Tak, w XXI wieku mój brat był krytykowany za to, co ja napisałam. W Polsce, kraju oficjalnie demokratycznym, gdzie oficjalnie panuje wolność słowa. Trochę jak w poprzednim ustroju, prawda?
      Dlaczego o tym piszę? Otóż tematyka mojego małego felietonu nie jest niczym wyjątkowym, w wielu miastach różne media ją podejmują – rozumiem, że nie jestem „medium”, ale mam prawo komentować – jako pełnoprawny obywatel – bieżące wydarzenia. Mój felieton i tak jest bardzo łagodny, proszę poczytać inne tego typu teksty, choćby „Nie głosuję na śmieciarzy” T. Dybalskiego (tekst ten jest dla mnie także idealnym przykładem „lekkości pióra” i myślę, że wiele osób mogłoby się na nim wzorować). Proszę zwrócić uwagę, jak w tym tekście krytykowani są przedstawiciele władz i kandydaci.
      Jako pełnoprawny obywatel napisałam do kandydatów, których sztaby wieszały plakaty bez zezwolenia. Czy którykolwiek z tych kandydatów – mimo, że ich skrytykowałam – odpisał mi „prowadzi pani jakąś prywatną wojenkę przeciwko mnie”? Nie, żaden tak nie napisał. Normalną rzeczą jest publiczne krytykowanie władzy i nikt się o to – przynajmniej w teorii – nie powinien obrażać.
      Kiedy poszłam do UG w sprawie plakatów, zostałam profesjonalnie potraktowana przez pracowników Referatu Społeczno-Administracyjnego, którzy poinformowali mnie o obowiązujących przepisach (pracownica nawet dzwoniła w tej sprawie do swojego kolegi z innego piętra, aby się upewnić, czy udziela mi właściwych informacji). Następnie poszłam „na samą górę” (w przenośni), po czym usłyszałam (cytuję z pamięci): „nie, nie wyciągamy żadnych konsekwencji wobec kandydatów, oni będą posłami, my musimy współpracować”. Oto demokracja XXI wieku.
      Zatem publikuję sobie swój mały felieton i nagle się okazuje, że powstają jakieś „fejkowe” konta na Facebooku, z których anonimowi oczywiście ludzie próbują mi wmówić niecne motywy mojego działania i brak profesjonalizmu. Oczywiście nikt nie podpisze się imieniem i nazwiskiem, bo po co, wówczas trzeba byłoby hamować swój „hejt”, bo w końcu wszyscy ludzie się tu znają. A tak to można „nawrzucać” mi do woli. W taki sposób – używając argumentów wobec mnie, a nie wobec mojego felietonu – podobnie i Pan postępuje. A ja po raz pierwszy w życiu słyszę, aby – w przypadku, gdy zostanie skrytykowane zaniechanie władzy – „czepiać” się nie władzy, tylko próbować zdyskredytować osobę, która o tym mówi. Proszę Pana, to są metody z czasów PRL!
      Proszę zwrócić uwagę, że pokazuję „władze” – te, z którymi wg Pana prowadzę prywatną wojnę – raczej w pozytywnym świetle. M.in. pokazałam rozmach i pozytywny oddźwięk, z jakim spotkały się tegoroczne dożynki, przygotowałam materiał nt. stypendiów dla najzdolniejszych uczniów (gdy byłam w podstawówce, już się o tym mówiło, projekt doczekał się realizacji po chyba prawie 20 latach!), nagrałam na specjalne życzenie pracownika Urzędu Gminy „100 lat dla Kamila Dziewierza” podczas Irons Party 2015, które to „100 lat” wyraźnie pokazuje przedstawiciela władzy w pozytywnym świetle. Jeśli jednak oczekuje Pan, że będę piała z zachwytu nad wszystkim, co robią władze naszej gminy – to się Pan myli. To nie Korea Północna. I proszę mi wierzyć, wzięłam na warsztat bardzo drobny temat. Mogłabym przecież spróbować pokusić się o trudniejsze tematy: zbadanie przyczyn, dla których w super mieszkaniach „polekarskich” w ośrodku zdrowia umieszczono osoby, które nie pracują i utrzymywane są z pieniędzy innych obywateli, podczas gdy ci zwykli obywatele nie mogą liczyć na takie luksusy i sami muszą na wszystko zapracować? Może powinnam zbadać przyczyny, dla których rolnicy (gdy chciałam nakręcić materiał o suszy) nie chcieli udzielić wypowiedzi do kamery i mówili: „jeszcze ktoś powie, że się promuję”. A może właśnie takimi tematami powinnam się zająć?
      Napisał Pan: „Proszę nie ubierać tego w troskę i walkę o dobro społeczne”. Drogi Panie, proponuję przejrzeć nasz materiał na temat LGD. Powstał on właśnie jako efekt mojej troski o dobro mieszkańców naszej gminy. Spędziliśmy sporo czasu, przygotowując ten materiał, po to, aby mieszkańcy wiedzieli, z jakich źródeł dofinansowania mogą skorzystać. Postaraliśmy się dotrzeć do: przedstawicieli LGD, przedstawicieli Urzędu Gminy w Jedlińsku oraz beneficjentki programów LGD. Objeździliśmy w „wolnym czasie” gminę, aby wykonać ujęcia obiektów, które skorzystały z dofinansowań unijnych dzięki LGD. Materiał kosztował nas sporo czasu, pracy i wysiłku. Zrobiliśmy to, mimo, iż wiedzieliśmy, że oddźwięk będzie niewielki – ale nawet jeśli 1 osoba miałaby dzięki temu czegoś się dowiedzieć, to było warto. Zatem proszę mi nie zarzucać udawanej troski i walki o dobro społeczne, bo to z Pana strony co najmniej nieuczciwe.
      Natomiast Pana reakcja na mój felieton (krytyka mojej osoby, a nie treści felietonu) wskazuje, że obrałam dobry kierunek działań. Obiecuję, to nie jest ostatni mój tekst tego typu.

  3. Tomek napisał(a):

    Dobrze, że mierzi Panią epoka Prl i łamanie prawa. Szkoda tylko, że wzorem dla Pani jest dziennikarz z Gazety Wyborczej. Cieszę się, że tak obszernie opisała Pani swoje dotychczasowe działania. Naprawdę godne pochwały. Obiecuję, że będę śledził Pani teksty. Moja reakcja na Pani felieton nie jest niczym osobistym. Wynika z opinii na Pani temat, które niestety nie są pozytywne. Przepraszam, jeżeli Panią uraziłem i życzę powodzenia.

    • Patrycja Bartula-Jakubowska napisał(a):

      Nie jest dla mnie wzorem „dziennikarz z Wyborczej”, ale różni dziennikarze różnych mediów, którzy dobrze wypełniają swoje obowiązki, polegające na „patrzeniu władzy na ręce”. Ciekawi mnie, skąd biorą się Pana negatywne opinie na mój temat? Chyba się nie znamy… Choć zauważyłam, że jeśli osoba, która publikuje niepochlebne dla władzy komentarze, jest nielubiana przez anonimowych ludzi, to tym lepiej o niej świadczy. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za negatywną opinię. Bałabym się, gdyby była pozytywna. Pozytywne komentarze są dobre tylko od tych, którzy potrafią się podpisać imieniem i nazwiskiem i nie robią tego po to, aby się „podlizać”.
      A może czegoś nie zrozumiałam za dobrze (to też jest możliwe, przecież nie jestem nieomylna). Napisał Pan: „Moja reakcja na Pani felieton nie jest niczym osobistym. Wynika z opinii na Pani temat, które niestety nie są pozytywne.” Czyli że co, zamiast wyrobić sobie samodzielnie opinię na mój temat, sugeruje się Pan plotkami? Proszę sprawdzić, kto jest źródłem tych plotek. Kto korzysta na rozsiewaniu na mój temat negatywnych opinii i dlaczego tak bardzo chce obniżyć moją wartość w oczach innych ludzi (przy okazji żadna z tych osób oczywiście nie skieruje swoich uwag bezpośrednio do mnie).
      Proszę zwrócić uwagę, że na 12 materiałów filmowych, które ukazały się w tym roku na Jedlińsk.tv, 10 jest całkowicie finansowanych przez nas, tzn., że realnie wyłożyliśmy min. 5000 zł netto z własnej kieszeni, żeby je zrealizować (nie liczę kosztów muzyki i realnych kosztów ZUS). Widocznie komuś bardzo to przeszkadza. Bodaj w 1994 roku, gdy moja babcia ze swoimi kolegami zakładała Towarzystwo Miłośników Ziemi Jedlińskiej, na spotkanie wszedł ówczesny wójt i powiedział, że tu nie będzie żadnego towarzystwa! Miał wizję chyba, że nadal mamy PRL i społeczeństwo obywatelskie nie ma racji bytu. To było wtedy, dziś – jak widać – niewiele się zmieniło. Ale dziękuję Panu bardzo. Dzięki temu tym bardziej wiem, że to, co robię, jest właściwe.
      PS Proszę sprawdzić, co oznacza określenie „wistleblower”. Dla mnie niedoścignionym ideałem jest bycie kimś takim, mimo, iż jest to bardzo niepopularne, bo dzisiaj „dziennikarze” chcą się przede wszystkim „dogadać” z władzą, aby w razie czego mieć zagwarantowane ciepłe posadki w urzędach. Ojej! Chyba już takiego jednego mamy w Jedlińsku, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *