Dalszy ciąg sprawy „masztu niezgody”

11 lipca odbyło się spotkanie w świetlicy wiejskiej w Bierwieckiej Woli. Organizatorem był radny Robert Rędzia. Zebranie zaplanowano na godzinę 18.00. Kilka minut po 18.00 przyjechał Wójt Gminy Jedlińsk Kamil Dziewierz oraz pracownik Urzędu Gminy Piotr Okleja. Spotkanie rozpoczęło się, kiedy na sali pojawiła się radna powiatowa Teodozja Bień. Początkowo sołtys Bierwieckiej Woli Bogumił Cichocki siedział na widowni, po rozpoczęciu zebrania wójt zaprosił go do stołu prezydialnego. W spotkaniu wzięło udział około 50 osób.

Najpierw przemówił radny Rędzia informując mieszkańców, że kilka razy prosił sołtysa Cichockiego o zorganizowanie spotkania, ale nigdy się to nie udało. Po przywitaniu gości i mieszkańców radny przedstawił założenia budżetu gminy na 2017 rok – podał, ile pieniędzy pochłania oświata, instytucje publiczne oraz największe inwestycje tego roku. Następnie skupił się na tym, co było lub jest robione w sołectwie Bierwiecka Wola – wymienił m.in. dowóz szlaki i kruszywa (jeden z mieszkańców wtrącił, że należy dowieźć szlakę, ponieważ jedna z dróg jest cały czas nierówna), zawieszenie lamp, czyszczenie rowów, naprawę przepustów, budowę przystanku i zamontowanie tablic ogłoszeniowych.

Radny przypomniał o budowie drogi na Czekajowie. Dwie mieszkanki zwróciły uwagę, że rowy przy tej drodze są już do połowy zasypane i żeby zwrócić się w tej sprawie do firmy wykonującej inwestycję. Radny potwierdził, że pod koniec terminu reklamacyjnego Urząd Gminy wystąpi do wykonawcy, aby przywrócił drogę do stanu wymaganego projektem. W tym momencie wójt dodał, że sołtys robi notatkę ze spotkania i że uwagi mieszkańców są spisywane.

W dalszej części przemówienia radny mówił o obniżonych podatkach dla działkowiczów i rolników oraz o funduszu sołeckim, do którego gmina nie przystąpiła. Poprosił także o pomoc przy organizacji festynu parafialnego w Lisowie 20 sierpnia oraz zaproponował zorganizowanie otwarcia drogi na Czekajowie, która powstała po wielu trudach.  Dodał, że liczy na udział osób, które skorzystały na budowie drogi – przede wszystkim tych, których wartość działek wzrosła w związku z realizacją tej inwestycji. Przypomniał historię powstawania drogi.

Następnie radny Rędzia powiedział, że sołtys nie przychodzi na sesje Rady Gminy Jedlińsk i w związku z tym on ma problem z niektórymi decyzjami, np. w sprawie funduszu sołeckiego. Sołtys spytał, czy radny dysponuje jakąś listą obecności. Radny odpowiedział, że na 31 sesji – w tym 3 nadzwyczajne – sołtys był na 8 sesjach. Dodał, że według statutu sołectwa opracowanego w 2008 roku zadania sołectwa realizuje się poprzez współpracę z radnymi z terenu sołectwa, ułatwianie radnym kontaktu z wyborcami, między innymi w formie spotkań czy współuczestnictwo w pracach Rady Gminy poprzez udział sołtysów w obradach sesji. Radny powiedział, że inne sołectwa organizują raz – dwa razy do roku spotkania i że protokoły z tych spotkań są dostarczane do Urzędu Gminy, a w sołectwie Bierwiecka Wola tego nie ma. Dodał, że jest dużo spraw, którymi trzeba się zająć, np. organizacja Bożego Ciała. Nadmienił, że jego bratowa miała zajmować się ubieraniem ołtarza, a sołtys zebrał 380 zł i jej przekazał. Wspomniał, że sołtys miał posprzątać przy ołtarzu, ale do tego nie doszło, bo sołtys powiedział, że nikt nie chciał mu pomóc.

Radny przeszedł do następnej sprawy – budowy trzech nadajników do lepszej łączności. Dodał, że był w Urzędzie Gminy i sprawdzał dokumenty dotyczące tej inwestycji. Powiedział, że w 2015 roku – na wniosek marszałka – wojewoda  wystąpił o poinformowanie mieszkańców sołectw, które przylegają do linii kolejowej, że będą budowane dwa maszty GSM tylko dla nowej linii. Maszty mają mieć po 47 metrów wysokości.

Następnie radny powiedział, że zaskoczył go fakt, iż na poprzednim spotkaniu mówiono o jakichś niezgodnościach czy nieporozumieniach. Dodał, że 4 czy 5 lat temu wystąpił z małżonką o budowę nadajnika i że postępowanie w tej sprawie zostało wszczęte przez Urząd Gminy w sposób prawidłowy. Nadmienił, że podczas spotkania padły stwierdzenia, że zrobił to z wójtem, że dostał okres skrócony, że to jest ukartowane. Przypomniał, że zawiadomienia otrzymał tylko on, jego żona i sołtys (który poinformował mieszkańców – dodał sołtys).

Mieszkanka Bierwieckiej Woli stwierdziła, że nikt nie powiedział na spotkaniu, że z wójtem coś radny robił. Mówiono wówczas, że Urząd Gminy coś źle przekazał i że na stronie internetowej gminy informacja została ukryta, a nie, że coś radny z wójtem robił. Tu o głos poprosiła Ewa Rędzia i powiedziała, że ta sprawa to jest skutek jej działań, gdyż sama wystąpiła o nadajnik i że chodziło jej o łączność, a nie o pieniądze. Zgodnie z umową, którą podpisała, miała zachować poufność i nie mogła o tym „na prawo i lewo” mówić.

W tym momencie rozległy się głosy sprzeciwu z sali, mieszkańcy mówili jeden przez drugiego. Jeden z nich chciał wiedzieć, jaką moc będzie miał nadajnik. Inny mieszkaniec (były radny Jan Gniadek) powiedział, żeby nie mydlić oczu ludziom i czy radny myśli, że ludzie nie wiedzą, o co chodzi. To, że pięć lat temu występowali – to w porządku, ale potem jest termin ustawowy i powinni ogłosić zamiar inwestycji. Jeden z mieszkańców spytał, czy jeśli ktoś nie ma Internetu, to musi się dowiadywać o inwestycji u księdza. Inna mieszkanka wspomniała o złej komunikacji miedzy mieszkańcami, radnym a urzędem. Radny powiedział, że każdy może się ubiegać o maszt. Mieszkaniec odpowiedział mu, że maszt promieniuje na kilka kilometrów i zapytał, jaka jest ścieżka administracyjna, aby zatrzymać inwestycję.

Jan Gniadek spytał, co się dzieje z protestem, który na poprzednim spotkaniu podpisali mieszkańcy. Sołtys dopytywał, dlaczego zatrzymuje się budowę wiatraków, a anten nie. Kamil Dziewierz powiedział, że przykre jest to, iż dowiaduje się od swoich rodziców, że wójt coś ukrywa i źle publikuje na stronie Urzędu Gminy. Przyznał, że dużo osób mówi, iż ma problem z zasięgiem i że zasięg jest potrzebny. Przypomniał, że na dzisiejszym spotkaniu w Urzędzie Gminy z dwiema mieszkankami Woli Bierwieckiej jedna z nich przyznała, że nie chodzi o to, że powstanie nadajnik, tylko o to, że powstanie u radnego Rędzi. Spytał, czy osoby, które nie chcą, aby u radnego Rędzi powstał nadajnik, jednocześnie zgodzą się, aby został on wybudowany na terenie przy świetlicy? Dodał, że jeśli maszt ma być postawiony, to niech zostanie wybudowany tam, gdzie nie będzie powodował zagrożenia dla zdrowia i życia, jeśli takowe występuje, bo on się na tym nie zna. Nadmienił, że na pewno budowa nadajnika skutkuje spadkiem wartości gruntów.

Wójt wspomniał, że rozmawiał z radcą prawnym i ustalono, iż strony zostaną dopuszczone do postępowania i do wglądu w dokumenty. Dodał, że nie było takiej sytuacji, aby ogłoszenie zostało źle zamieszczone. Zwrócił uwagę, że niektórzy mieszkańcy sugerują, aby maszt powstał przy wiatrakach albo gdzieś indziej. W tym momencie wtrącił się Jan Gniadek, pytając, czy wójt jest naiwny albo czy uważa, że mieszkańcy są naiwni, bo przecież radny Rędzia będzie odnosił korzyści z nadajnika. Inny mieszkaniec powiedział, że jeśli chodzi o zasięg telefonii, to najważniejsza jest wysokość nad poziomem morza – im wyżej maszt jest postawiony, tym lepiej. Ktoś wtrącił, aby w takim razie inwestycję zrobić u niego, na górce.

Jan Gniadek powiedział, że albo wójt jest naiwny, albo chce z ludzi zrobić naiwnych. Wójt go zapytał, gdzie był, gdy chodziło o wiatraki. Ktoś z sali przypomniał, że rozmowa jest o nadajniku, a nie o wiatrakach. Inny mieszkaniec zaproponował, aby to ekspert wypowiedział się, gdzie powinien stać maszt, bo to eksperci są od tego, aby ustalić, gdzie najlepiej taki nadajnik zlokalizować. Inna mieszkanka zapytała, czy (państwo Rędziowie) byliby zadowoleni, gdyby maszt powstał na jej działce 50 m od płotu i czy wówczas by się zgodzili na taka inwestycję. Jeszcze inna dodała, że nie życzy sobie, aby jej dzieci żyły przy maszcie i że ta inwestycja jest bez jej zgody. Nadmieniła także, że eksperci są opłacani. Oglądała film, z którego wynikało,  że na początku buduje się maszty zgodnie z ustawą, a potem normy promieniowania są przekroczone o 20% i nikt tego nie bada. Dodała, że dla niej zdrowie jej dzieci jest ważniejsze, niż czyjś punkt widzenia.

Jeden z mieszkańców zasugerował, aby zwrócić się o ekspertyzę, jakie jest promieniowanie z takiego masztu. Następnie zapanował hałas, gdyż zwolennicy i przeciwnicy nadajnika mówili jednocześnie. Sołtys poprosił o ciszę. Jeden z mieszkańców powiedział, że kwestia masztu jest decyzją gminy, wójta. Że to wójt wydał decyzję i może ją cofnąć, a jak nie cofnie, to nie będzie wójtem. Wójt zaprzeczył, mówiąc, że nie wydał żadnej decyzji i że działa zgodnie z przepisami administracyjnymi. Ten sam mieszkaniec poprosił go, aby zatem zgodnie z prawem cofnął decyzję, na co wójt odpowiedział, że nie wydawał żadnej decyzji, a po rozmowie z panią mecenas dopuści właścicieli sąsiednich działek do sprawy. Wówczas mieszkaniec odpowiedział, żeby wójt z własnych prywatnych pieniędzy wyrównał ludziom straty, które poniosą w związku ze spadkiem wartości działek. Wójt powtórzył, że rozmawiał z mecenasem i dopuszcza strony do sprawy. Mieszkaniec odparł, że w Warszawie też byli mecenasi, a wartość działki spada przy takiej inwestycji o 50%. Dodał, że ludzie pozwą wójta do sądu o odszkodowania. Kamil Dziewierz zapytał obecnych na spotkaniu, gdzie taki maszt powinien powstać. Uczestnicy zaczęli mówić jednocześnie.

Sołtys przypomniał, że na poprzednim spotkaniu ktoś powiedział, iż nadajnik nie zagraża życiu. Dlatego to on zaproponował, aby maszt stanął na posesji sołectwa przy świetlicy, dzięki czemu wszyscy odniosą z niego korzyści. Dodał, że ponieważ uważa, iż nadajnik jest szkodliwy, proponuje budowę przy wiatrakach, gdzie maszt nikomu nie będzie przeszkadzał. Wójt spytał zgromadzonych, czy mają problem z zasięgiem. Niektórzy potwierdzili, inni zaprzeczyli. Jedna z mieszkanek chciała wiedzieć, kto potrzebuje zasięgu. Wójt odpowiedział, że u jego rodziców w Woli Bierwieckiej zasięgu brakuje i ludzie muszą biegać z telefonami dookoła budynków „jak wariaci”. Jeden z obecnych zaproponował, aby wynająć ekspertów, na co usłyszał odpowiedź od mieszkanki, że są oni opłaceni. Na sali zapanował harmider.

Sołtys i jedna z mieszkanek poprosili o ciszę. Radna powiatowa Teodozja Bień powiedziała, że nie jest mieszkańcem miejscowości, ale przysłuchuje się i uważa, że jest to nakręcanie jednych na drugich. Jednym maszt potrzebny, innym nie, jedni mają zasięg, inni nie. Dodała, że naprzeciwko jej domu stoi nadajnik i nikt jej nie pytał o zdanie. Sołtys odpowiedział, że też są mieszkańcami i chcą decydować o losach swojej wsi.

Radna Bień zapytała, dlaczego mieszkańcy chcą maszt w centrum wsi. Odezwały się głosy, że nie chcą. Sołtys przypomniał, że chodzi o to, że gdyby nadajnik nie był szkodliwy, to chcieliby, aby stał na działce sołeckiej. Dodał także, że mieszkańcy jednak uważają, że maszt szkodzi zdrowiu, dlatego go nie chcą. Jedna z mieszkanek spytała, co radna tu robi, skoro nie jest mieszkanką sołectwa. Mieszkańcy zaczęli mówić jednocześnie.

Po uspokojeniu głosów radny Rędzia powiedział, że jaką Urząd Gminy wyda decyzję, taką wyda, on nie wie, jaka to będzie decyzja. Dodał, że kontaktował się ostatnio z firmą, która robiła badania geotermalne i sprawdzała, jakie są pokłady na terenie sołectwa i że za 5, może 10, może 15, a   prawdopodobnie za 20 lat wzdłuż linii kolejowej może powstać rafineria. Niektórzy zareagowali na to śmiechem.

Jedna z mieszkanek stwierdziła, że na spotkaniu są przedstawiciele różnych władz, a nie ma przedstawiciela Orange, chociaż powinien być. Inny mieszkaniec odpowiedział, że każda strona ma prawo wynająć sobie eksperta. Zapytała go, dlaczego to ona – jako właścicielka działki – ma płacić za eksperta i że skoro radny Rędzia wymyślił tę inwestycję, to niech on płaci za specjalistów. Dodała, że z filmu, który oglądała, wynikało, iż przy takich masztach do 10 lat nie ma zwiększenia zachorowań na raka, ale od 10 do 20 lat występuje zwiększenie zachorowań o 20%. Nadmieniła, że każdy nosi komórki rakowe, które się uaktywniają przy promieniowaniu z nadajników. Radny Rędzia odparł, że szkoda, iż na spotkaniu nie ma jednego mieszkańca, który powiedziałby, że kiedy telefon szuka zasięgu, to promieniowanie jest dziesięć razy większe od promieniowania z masztu. I że mieszkańcy mają prawo się sądzić. W związku z tym mieszkanka zapytała go, czy ma rozumieć, że inwestycja jest zatwierdzona. Radny zaprzeczył.

Po drobnych sprzeczkach na sali wójt powiedział, że część mieszkańców zgłasza brak zasięgu. Podkreślił, że on prywatnie jako Kamil Dziewierz wie, że nikt nie chciałby mieszkać przy tym maszcie i prosi, aby nie mieszać go, że to wójt przykłada rękę do inwestycji, ale on musi poruszać się zgodnie z  prawem. Dodał, że ustalili z panią mecenas, iż strony postępowania będą dopuszczone do budowy i mogą wnieść swoje roszczenia. Jeden z obecnych odparł, że zgodnie z prawem można okraść, zabić, wszystko można. Inny powiedział, że opinia ludzka jest taka, że tego typu nadajnik szkodzi. Ten sam mieszkaniec dodał, że rozmawiał ze znajomym specjalistą od nieruchomości i według specjalisty nikt więcej nie kupi w sołectwie żadnej działki.

Jeden z obecnych zaproponował, żeby postawić maszt na jego działce, bo jest na górce i 500 metrów od zabudowań. Jan Gniadek odparł, że nikt nie pozwoli postawić mu na działce, bo to jest inicjatywa radnego. Po krótkich utarczkach wójt powiedział, że gdyby dziś przyjechał przedstawiciel firmy Orange, poznał opinię sołectwa i zapytał, że skoro maszt nie może powstać tu, to w takim razie gdzie ma zostać postawiony, prawdopodobnie pojechałby i szukał może innego miejsca.

Piotr Okleja wyjaśnił, że na razie jest wszczęte postępowanie odnośnie inwestycji celu publicznego. Dokumenty zostały wysłane m.in. do starostwa, do melioracji. Sąsiedzi będą mogli wziąć udział w postępowaniu i na tym kończy się rola wójta. Jan Gniadek spytał, czy stroną postępowania jest tylko sąsiad czy także każdy, kto się podpisał pod protestem. Piotr Okleja odparł, że oddziaływanie masztu wskazywałoby, że jest szerzej, ale wtedy wymagana byłaby decyzja środowiskowa. Jednakże parametry nadajnika wskazane przez inwestora mieszczą się w rozporządzeniu, które nakazuje wydać decyzję środowiskową. Zatem ścieżka postępowania w tym przypadku jest krótsza. Jan Gniadek odpowiedział, że wszystko sprowadza się do tego, iż społeczeństwo miało za mało czasu na wniesienie uwag i ewentualne zgłoszenie się do Orange o rekompensaty. Jedna z pań odparła, że nie chce rekompensaty, tylko chce bezpiecznie żyć.

Po głośnej dyskusji między zebranymi osobami, jeden z obecnych powiedział, że w Zakrzewie, przy pewnej inwestycji, wójt wystąpił o decyzję środowiskową z myślą o mieszkańcach, choć nie musiał. Zapytał, czy Wójt Gminy Jedlińsk może zrobić podobnie. Piotr Okleja odparł, że wójt musiałby niejako na inwestorze wymóc, aby przekroczył progi dopuszczalnego zagrożenia. Inny mieszkaniec zasugerował, aby ktoś z Orange wystąpił i się wypowiedział. Kolejny obecny na spotkaniu powiedział, że gdy powstanie maszt, to będzie spełniał normy, ale zaraz potem będą do niego doczepiane anteny innych operatorów i promieniowanie będzie się kumulować. Piotr Okleja odrzekł, że wówczas trzeba przeprowadzić decyzję środowiskową. Dodał, że decyzja wójta nie przesądza o żadnej budowie, że następnym krokiem jest projekt i pozwolenie na budowę oraz pozwolenie na użytkowanie. Nadzór budowlany sprawdza parametry nadajnika, co ma służyć ochronie ludzi, aby parametry nie zostały zmienione w trakcie budowy.

W tym momencie wystąpiła jedna z mieszkanek i powiedziała, że zebrani od godziny „się boksują” oraz że wójt i radny słyszą sprzeciw mieszkańców. Dodała, że Robert jest ich radnym, który pełni podwójną funkcję – mieszka w tej miejscowości i jest radnym. Powiedziała, że mieszkańcy nie czują potrzeby postawienia tego masztu w odległości 50 – 150 metrów od jej domu czy od domu sąsiadów. Przypomniała, że sąsiedzi protestują po raz kolejny, iż nie chcą nadajnika (inna mieszkanka wtrąciła, że tu nie chodzi o pieniądze). Dodała, że z drugiej strony spotykają się z oporem, ciągle słyszą: „dlaczego, dlaczego i dlaczego”. Powiedziała, że i wójt, i radny są przedstawicielami tej miejscowości (Jan Gniadek wtrącił, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze), a mieszkańcy jednoznacznie nie chcą masztu. Dodała, że Robert z Elą mieszkają w ich wsi, wciąż są ich sąsiadami i w dalszym ciągu będą. Przypomniała, że radny i wójt słyszą sprzeciw mieszkańców i odpierają go, mówiąc o zaletach nadajnika. Zwróciła uwagę, że Robert mówi, iż nie wie, czy maszt stanie na jego działce 50 metrów, czy 20, czy 30 od ulicy. Porównała to do takiej sytuacji, gdyby kupowała działkę, prosiła o budowę domu i nie wiedziała, w jakiej odległości od ulicy powstanie dom i garaż. Zakończyła, że mieszkańcy wyrazili się jasno i że nie chcą masztu oraz poprosiła, aby to uszanowali – zarówno radny jako sąsiad i Kamil jako kolega i wójt. Powtórzyła, że mieszkańcy nie chcą nadajnika. Dodała, iż wójt sam podkreślił, że jako Kamil Dziewierz nie chciałby masztu. Powiedziała, że zdaje sobie sprawę, iż pełni on dwie funkcje – jest z tej miejscowości i jest wójtem. Przyznała, że opinia o wójcie i radnym była zła, że mieszkańcy w kuluarach mówili o nich niewłaściwie. Zaapelowała, aby wszyscy zadbali o to, aby się dalej szanować i żeby opinia była pozytywna. Ta wypowiedź została nagrodzona brawami.

Jeden z obecnych opowiedział historię swojej kuzynki, która kupiła sobie działkę pod nadajnikiem, choć ją przed tym przestrzegał. Zakończył, że dzisiaj ani ona, ani jej mąż nie żyją, gdyż zmarli na raka mózgu. Ktoś zażartował, że to było pewnie genetyczne.

Inny mieszkaniec powiedział, że maszt go nie obchodzi, ale on chce wiedzieć, czy będzie wreszcie światło przy drodze. Wójt odpowiedział, że nie, dopóki nie będzie uregulowany stan prawny. Po tych słowach mieszkaniec podziękował i wyszedł. Jan Gniadek dodał, że trzeba zrozumieć, że to nie jest widzimisię wójta, bo światło montuje się w celu oświetlenia drogi, a nie posesji.

Wójt przypomniał, że w Jedlińsku kilka lat temu była podobna sytuacja, ponieważ przy ulicy Ogrodowej i na cmentarzu powstał nadajnik. Dodał, że sekretarz gminy powiedział, iż obwieszczenie w tamtej sprawie zostało opublikowanie, sołtys zrobił spotkanie, ale jego na tym spotkaniu nie było. Podkreślił, że jest dzisiaj na spotkaniu, aby posłuchać zdania obecnych i wybrać dobro mieszkańców. Przypomniał, że do postępowania będą dopuszczone osoby zainteresowane, że nie ma tu nic do ukrycia. Zadeklarował, że jeżeli opinia mieszkańców będzie negatywna, to będą oni potrzebni, aby inwestycja nie została zrealizowana. Dodał, że na spotkaniu powinien być obecny przedstawiciel firmy Orange, który wysłuchałby protestów mieszkańców. Wyraził żal, że szkoda byłoby, aby mieszkańcy Bierwieckiej Woli się skłócili.

Jan Gniadek zapytał, czy gdyby wójt i radny chcieli poprawić zasięg, to szukaliby lokalizacji gdzieś bliżej Bierwiec, bliżej Godzisza, a nie w centrum zabudowanego terenu. Wójt odpowiedział, że nikt go nie pytał o jakieś nadajniki. Dodał, że w Bierwcach u sołtysa była podobna sytuacja, ponieważ sołtys chciał wybudować maszt na dachu remizy, ale to wójt zasugerował mu, aby nie robić tego w środku wsi, tylko pod lasem.

Jeden mieszkaniec wtrącił, że moc planowanego nadajnika wynosi 9600 WAT, prawie 10000 WAT – to tak, jakby włożyć głowę do mikrofali i tak przez całą dobę. Inny wspomniał, że na sali jest obecna pani z Jedlanki, która była przy budowie nadajnika i wie, jak to wyglądało. Zaproponował, aby jej wysłuchać, a nie przekrzykiwać się. Radna Bień powiedziała, że ma nadajnik postawiony koło domu i nikt jej nie pytał o zdanie. Sołtys jej na to odparł, że mieszkańców Bierwieckiej Woli też nikt nie pytał, sami zorganizowali spotkanie.

Inna mieszkanka dodała, że w tej chwili rząd pracuje nad badaniami na temat szkodliwości masztów, gdyż w Polsce ludzie protestują przeciwko ich budowie. Wspomniała, że specjaliści od roku pracują nad badaniami i nie potrafią się do tego problemu ustosunkować. Powiedziała, że skoro nie ma jeszcze kompletnych badań, to dlaczego maszt ma być postawiony w Bierwieckiej Woli. Radna Bień odparła, że gdy zakładano światło, to też miało być szkodliwe.

Sołtys Cichocki zasugerował, aby zakończyć dyskusję i zapytał, czy pismo mają składać wszyscy mieszkańcy, czy tylko ci, którzy mieszkają w odległości do 150 metrów od planowanego nadajnika. Wójt odpowiedział, że zaprasza do Urzędu Gminy sołtysa jako przedstawiciela wsi i tam przy obecności mecenas wyjaśnią wszystkie wątpliwości, a sołtys przekaże pozostałym mieszkańcom. Jeden z obecnych odparł, że nie chce rozmawiania o inwestycji, tylko jej wstrzymania. Wójt odpowiedział mu, że po to ma być spotkanie w urzędzie, aby ustalić pewne rzeczy.

Po chwili jeden z obecnych spytał, czy można przejść do innych spraw. Radny Rędzia potwierdził. Dwojgu mieszkańcom chodziło o wycinkę drzew przy drodze gminnej na Obózku za ich budynkami gospodarczymi. Zwrócili uwagę, że poruszali tę sprawę w Urzędzie Gminy i dostali odpowiedź, że nie ma zgody właściciela drugiej działki na wycinkę drzew. Dodali, że nikt nawet nie sprawdził, kto jest właścicielem sąsiedniej działki, a droga przebiega między ich działkami. Zatem nie ma wycinki, chociaż gałęzie spadają na budynki gospodarcze. Mieszkańcy pokazali pismo wójtowi.

Sołtys zapytał, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania niezwiązane z masztem. Dalej rozmowy toczyły się indywidualnie, między wójtem a mieszkańcami oraz miedzy Piotrem Okleją a mieszkańcami. Wójt spytał także o inne drobne sprawy do załatwienia, typu dowóz szlaki czy kruszywa. Później jeszcze raz jeden z mieszkańców wspomniał, aby nadajnik oddalić w stronę lasu, żeby nie stał przy budynkach. Jedna z pań powiedziała, że maszt zawsze będzie komuś przeszkadzał, bo ktoś inny będzie miał z niego pieniądze. Na tym spotkanie się zakończyło, chociaż mieszkańcy jeszcze przez około pół godziny rozmawiali między sobą przed budynkiem świetlicy.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *